Wielu polskich sprzedawców myśli, że sklep online w Rumunii da się zbudować szybko: tłumaczenie, płatności, dostawa, kampanie i gotowe. Problem w tym, że rumuński klient ma inne nawyki zakupowe, inne oczekiwania i inny poziom wrażliwości na doświadczenie zakupowe niż klient w Polsce. I właśnie dlatego sklep może wyglądać poprawnie „na papierze”, a mimo to nie sprzedawać. Najczęściej nie zawodzi produkt. Zawodzi sposób, w jaki sklep został przygotowany na lokalny rynek.

Z perspektywy polskiego sprzedawcy Rumunia może wyglądać dość prosto. Kraj blisko, klient europejski, rynek e-commerce rośnie, więc naturalny odruch jest taki: przetłumaczyć sklep, podpiąć płatności, uruchomić reklamy i ruszać.
Tyle że właśnie w tym miejscu zaczynają się najdroższe błędy.
Bo rumuński sklep online nie przegrywa zwykle dlatego, że ma zły produkt. Przegrywa dlatego, że został zbudowany jak polski sklep z rumuńskim tłumaczeniem. A to nie to samo, co lokalnie dopasowany e-commerce.
Mieszkając i pracując od lat w Bukareszcie, bardzo często widzę ten sam schemat: polska firma technicznie „jest gotowa”, ale operacyjnie, językowo i kulturowo nadal nie jest gotowa na rumuńskiego klienta.
Poniżej masz błędy, które widzę najczęściej.
To jeden z najbardziej klasycznych błędów.
Sklep wygląda dobrze na laptopie, zespół testuje go na dużym ekranie, prezentacja dla zarządu też wygląda świetnie, a potem okazuje się, że realny klient korzysta z telefonu i wcale nie ma ochoty walczyć z niedopasowanym checkoutem, zbyt małymi przyciskami i przewijaniem bez końca.
W Rumunii bardzo duża część ruchu i zamówień przychodzi z urządzeń mobilnych. To powinno być punktem wyjścia dla całej architektury sklepu.
Co to oznacza w praktyce?
Sklep powinien być projektowany mobile-first, a nie tylko „responsive”. To ogromna różnica.
Liczy się:
Jeśli sklep na telefonie działa tak sobie, to bardzo często nie poprawisz tego kampanią. Możesz tylko drożej kupować ruch, który później nie konwertuje.
W Rumunii logistyka nie jest dodatkiem do sprzedaży. Jest częścią sprzedaży.
Rumuński klient jest przyzwyczajony do konkretnych operatorów i konkretnych modeli dostawy. Szczególnie ważne jest przyzwyczajenie do:
Co dziś naprawdę ma znaczenie?
Coraz większą rolę odgrywa przyzwyczajenie do paczkomatów i ogólnie do wygodnych form odbioru poza klasycznym kurierem. Dodatkowym atutem sprzedażowym potrafi być też możliwość dostawy w weekend, na przykład przy wsparciu takich operatorów jak Sameday.
I właśnie tu wiele polskich sklepów popełnia błąd: zbyt długo myślą o dostawie jak o zapleczu operacyjnym, a nie jak o części doświadczenia zakupowego.
Jeśli klient w checkoutcie nie widzi form dostawy, które są dla niego naturalne, to nie analizuje tego długo. Po prostu częściej porzuca koszyk.
Karta i płatność przy odbiorze są dla rumuńskiego klienta naturalne. Przelew bankowy już niekoniecznie.
Dlaczego?
Między innymi dlatego, że przelewy bankowe w Rumunii są zazwyczaj płatne. Klient nie traktuje ich więc jako wygodnej i oczywistej formy płatności przy zakupach online.
Jednocześnie Rumuni mają dość duże zaufanie do płatności kartą i do zapisywania kart, a poziom cyberbezpieczeństwa i oswojenia z takimi rozwiązaniami stoi na dobrym poziomie.
To istotne, bo część polskich sprzedawców zakłada dokładnie odwrotnie.
Co jeszcze jest ważne?
Warto zadbać o lokalnych dostawców bramek płatności kartą, takich jak na przykład Netopia czy EuPlătesc. Dzięki temu checkout wygląda dla klienta bardziej znajomo, budzi większe zaufanie i lepiej wpisuje się w lokalne nawyki zakupowe.
Źle dobrane płatności potrafią zabić checkout mimo dobrego ruchu. Sklep może wyglądać nowocześnie, ale jeśli na końcu zmusza klienta do mało naturalnej dla niego formy płatności, konwersja po prostu spada.
To jest błąd, który bardzo często wygląda niewinnie. Bo „przecież wszystko jest po rumuńsku”.
Tylko że poprawne tłumaczenie to jeszcze nie jest lokalizacja. A lokalizacja to jeszcze nie jest dobre lokalne SEO.
Co to znaczy?
Sklep powinien brzmieć naturalnie po rumuńsku, a nie jak tekst „po przejściach”. Dotyczy to:
Tu nawet nie wspomnę o regulaminie, polityce prywatności i polityce zwrotów - ile razy sprzedawcy kopiują dokładne przepisy prawne z Polski, w ogóle nie dodając odnośników do lokalnego prawa.
Bardzo ważne jest też, żeby poświęcić czas na podejrzenie natywnej konkurencji i sprawdzić, jakie zwroty językowe dominują w Twojej kategorii.
To właśnie tam zobaczysz:
Często problemem nie jest zły rumuński jako taki. Problemem jest język, który jest poprawny, ale kompletnie nienaturalny sprzedażowo.
A klient bardzo szybko wyczuwa, czy sklep jest naprawdę „dla niego”, czy tylko został przetłumaczony z polskiego.
Gdzie wchodzi SEO?
Dokładnie w tym samym miejscu.
Sklep nie może być po prostu kopią polskiej wersji z podmienionym językiem. Potrzebne są:
Coraz większą rolę odgrywają też wyniki zero-click, odpowiedzi AI i sekcje informacyjne, które muszą być napisane w sposób naturalny i pomocny, a nie wyłącznie „pod roboty”.
Dobra lokalizacja języka i dobre lokalne SEO to w praktyce jedna praca: sklep ma być nie tylko po rumuńsku, ale też rumuński w sposobie komunikacji i znajdowalny w rumuńskim internecie.
Duże znaczenie ma to, czy klient widzi, że sklep naprawdę działa lokalnie.
Dla klienta znaczenie ma to, czy:
To nie jest detal. To jest element wiarygodności.
W Rumunii zaufanie do sklepu buduje się nie tylko wyglądem strony, ale też sygnałami, że firma naprawdę działa lokalnie, a nie tylko sprzedaje „na odległość”.
Rumuński klient naprawdę patrzy na recenzje, opinie i sygnały wiarygodności. Ale warto pójść krok dalej i zrozumieć, jak on te opinie czyta.
Ten klient jest dużo bardziej skupiony na emocjach niż na samych cyferkach. Rumuni bardzo często posługują się językiem emocji, a w opiniach nie ograniczają się do prostego „polecam / nie polecam”. Oni opisują sytuacje, doświadczenia i cały kontekst zakupu.
To oznacza, że ważna jest nie tylko sama ocena w gwiazdkach, ale też historia stojąca za opinią:
Co z tego wynika?
Opinie w sklepie powinny być:
Na początek można użyć przetłumaczonych ze sklepu polskiego, ale docelowo trzeba dobrze przemyśleć strategię zbierania i publikowania ich lokalnie.
Bo one nie tylko potwierdzają jakość oferty. One budują emocjonalne bezpieczeństwo przed zakupem.
A jeśli tego bezpieczeństwa brakuje, to klient częściej wraca do marketplace’u albo wybiera sklep, który wygląda po prostu bardziej „sprawdzony”.
To właśnie tutaj rozbija się bardzo wiele wdrożeń, które „technicznie były dobrze zrobione”.
Rumunia nie jest kopią Polski. Inne są oczekiwania wobec:
Bardzo dobry przykład? Koszyk zakupowy
W przeciwieństwie do polskich klientów, Rumuni zwykle preferują krótszy, bardziej okrojony wybór dostaw. Bez nadmiaru opcji, bez pięciu ekranów decyzji i bez poczucia, że trzeba wszystko porównywać od zera.
Bardzo często wystarczy prosty wybór typu:
Do tego najlepiej ograniczyć się do 1, maksymalnie 2 najpopularniejszych lokalnie kurierów, zamiast pokazywać klientowi długą listę przewoźników.
To bardzo ważna różnica. W Polsce rozbudowany wybór bywa odbierany jako przewaga. W Rumunii zbyt rozbudowany checkout częściej po prostu zwiększa tarcie.
To dobry przykład tego, że lokalizacja sklepu nie kończy się na języku. Ona zaczyna się tam, gdzie upraszczasz decyzję dokładnie tak, jak oczekuje tego lokalny klient.
To chyba najważniejszy wniosek z całego tematu.
Bo większość tych błędów nie wynika z braku budżetu. Nie wynika też z tego, że firma „nie chciała dobrze”. Najczęściej wynika z kopiowania polskiego modelu 1:1.
A dobrze przygotowany sklep pod Rumunię to nie jest polski sklep po tłumaczeniu. To jest sklep:
Jeśli sklep nie sprzedaje, problem bardzo często nie leży w ruchu. Problem leży w fundamentach.
Planujesz sklep online w Rumunii albo chcesz poprawić już działający sklep? W Expand Wise pomagam polskim firmom przeanalizować model wejścia i zbudować sklep, który jest dopasowany do rumuńskiego klienta, a nie tylko przetłumaczony z polskiego.
By Edyta Astalus
